Przełęcz Tourgat

Stan licznika: 7211 km

Wysokość spora. 3750m npm to już całkiem spore wyzwanie. Tlenu brakuje w płucach, zapalniczka nie chce się zapalać. Bez aklimatyzacji bywa nieprzyjemnie, a nawet niebezpiecznie. Słońce pali solidnie, ale wokół w kotlinkach spore zaspy śnieżne. Nie jesteśmy na Tourgat pierwszy raz, to wiemy, że chińskiej granicy nie pokonuje się w pięć minut. Tym bardziej własnymi samochodami.

Wpierw trzeba swoje odstać przed bramą pilnowaną przez wojsko. Na naszego przewodnika czekaliśmy 3 godziny. Był czas na zjedzenie arbuzów i melonów, których przez granicę przewozić nie wolno. Obserwował nas nie tylko pan żołnierz, ale również kilka zdalnie sterowanych kamer. W końcu pozwolono nam wjechać.

Trzy kilometry dalej dokładna kontrola pograniczników. Kolejna godzina z głowy. Najdłużej grzebał sobie oficer w naszych laptopach, palmtopach i co tam mieliśmy. Wielbiciel fotografii się znalazł! Pogrzebał sobie też w oprogramowaniu. Jeżeli to co piszę do Was dotrze, znaczy, że nic zepsuł, ani nie wykasował.

I wjechaliśmy na ziemię Chińską. Ale to był dopiero początek granicznych peregrynacji. Przez bezludny Tien Szan jechaliśmy ponad 100 kilometrów do właściwej odprawy granicznej. Ponieważ zimą droga bywa nieprzejezdna, straż graniczna i celnicy ulokowali się w miasteczku dwa tysiące metrów niżej. Droga – dziurawa niemiłosiernie – wiedzie wzdłuż niemal suchego koryta rzeki, którą wiosną spływają zapasy topniejącego śniegu, a teraz odrobina wody z lodowców. Jesteśmy w Ujgurii, ale tu akurat żyją Kirgizi. Kilkadziesiąt tysięcy, co nie jest liczba wielką w kraju, który ma 1,3 miliarda obywateli i ponad 100 milionów mniejszości etnicznych. Pekińska władza wybudowała Kirgizom wzorcowe osiedla małych domków jednolitego kształtu i koloru. Równo pod sznurek kilkadziesiąt budyneczków plus szkoła i sklep. Wsie takie o tej porze roku wyglądają jak opuszczone. Mieszkańcy latem są na wypasie ze swymi stadami przede wszystkim owiec w górskich dolinach. Zimą wracają niechętnie, do szkół dzieci nie pchają, doceniają ewentualnie dostęp do opieki medycznej. Ale incydentalnie. Czemu chińska administracja woli ich mieć w jednym miejscu, możemy się domyślać. Czemu wieś jest monitorowana przez kamery, też…

Kolejna kontrola wojskowa. Pod karabinami. Posterunek wygląda jak fort wojskowy czekający na atak. A takie niestety się zdarzają. Ujgurzy co jakiś czas ważą się na zamachy bombowe. Xinjiang jest prowincją, oficjalnie Ujgurskim Regionem Autonomicznym w stanie… stanu wojennego.

Przed granicą właściwą też trzeba swoje odstać przed kolejną bramą. Następnie zostajemy (na szczęście tylko nasze samochody) spryskani środkami chemicznymi, co byśmy jakiegoś świństwa z zachodu nie przywieźli. I wreszcie następuje odprawa właściwa. Drobiazgowa, staranna, uprzejmie chłodna. Celnicy na szczęście drobiazgowi nie są. Sprawdzają nasze bagaże i samochody pobieżnie. To duża zmiana, bo jeszcze pięć lat temu starannie kartkowali wszystkie na przykład książki, mapy, nawet gazety. Formalności kończymy po 8 godzinach od momentu stawienia się na granicy. Dobrze, że Kaszgar blisko. W dodatku do miasta wjeżdżamy całkiem przyzwoitą autostradą, której przed dwoma laty nie było ani śladu. Do śródmieścia wjeżdżamy triumfalnie, przeciskając się przez mrowisko jednośladów. Wieczorem spróbujemy wreszcie chińskiej kuchni w oryginale. Może Ujgurzy się na nas nie pogniewają za takie lekceważenie ich specjałów…

Opublikowane przez:

Urodziny w 1961 roku. Reportażysta, scenarzysta, bloger, fotografik. Z plecakiem lub na stopa zwiedził ponad 80 krajów. Jego ulubione miejsca na świecie to: : Salar de Uiuni (Boliwia), Gili Air koło Lomboku (Indonezja), Lofoty (Norwegia), Bieszczady, Hel, Borne-Sulinowo.

Jeden komentarz

  1. terenka
    9 lipca 2015

    jestem pierwsza z komentarzem.
    witam wszystkich uczestników tej trudnej, ale ciekawej wyprawy.
    szerokiej drogi i wspaniałych przygód.

Brak możliwości komentowania.