jakby… Kraków

Stan licznika: 25 555 km

Wjazd na terytorium Unii Europejskiej nawet daleko od domu cieszy podróżnego po azjatyckiej eskapadzie niezmiernie. Tak nam się do Krakowa spieszyło, że nagły estoński prysznic musiał nas przywrócić do rzeczywistości. W Rosji przyzwyczailiśmy się do dość swobodnego traktowania ograniczeń prędkości. Nasze samochody po kolei podpadały estońskiej drogówce. Rekordzista zaliczył mandat… 400 euro, co mocno ostudziło nasz zapał. Warto dodać, że był to pierwszy mandat w całej podróży! Wialiśmy więc z Estonii zniesmaczeni.

Nocleg przypadł nam już na Łotwie, tym razem nad Zatoką Ryską, praktycznie na plaży. Więc zamoczyliśmy nogi w kolejnym morzu. Namiotów sporo, rano plażowiczów również. Przekomarzaliśmy się tam miedzy innymi z włoskimi motocyklistami, którzy nie bardzo chcieli uwierzyć, że z Pekinu wracamy. Potem krótka obiadowa wizyta w spokojnej Rydze. Na kolację zdążyliśmy dojechać do zatłoczonego Wilna. I już polska granica… Ostateczne pożegnania z przyjaciółmi były serdeczne, a kurs ostateczny przyjęliśmy w stronę Wawelu.

Ostatnie ognisko zapłonęło na Mazurach. Pod gwiazdami oddaliśmy się marzeniom i całkiem konkretnym planom. Przed świtem były już gotowe. Dym snuł się po tafli jeziora, kawa warzyła się w ekspresie, słońce wyszło zza horyzontu… Oto co ustaliliśmy…

W przyszłym roku II Rajd Wenecja-Pekin 2016 mamy nadzieję „pociągnąć” jeszcze odważniejszym szlakiem. Wersję z Wenecji koło Żnina postaramy się utrzymać, bo piękna i oryginalna dla Marka Polaka, warto też na tym szlaku zrobić więcej przerw turystycznych, szczególnie w Rosji i Mongolii. Ale coraz bardziej nas nęci trasa z Wenecji właściwej, po śladach Marco Polo. Przez Słowenię, Chorwację, Bałkany, Turcję, Iran, może skrawek Afganistanu? Potem Samarkanda i Buchara. Z „wenecjanami żnińskimi” spotkamy się wtedy w Tadżykistanie, w Korytarzu Wachańskim lub w Kirgizji. A potem nieskończone obszary Państwa Środka. Pamir, Karakorum, Takla Makan. Może też więcej uwagi poświecimy Chinom południowym? Będzie to znów wyprawa dwumiesięczna, może weźmiemy pod uwagę możliwość wymiany załóg w trakcie Rajdu. Za tydzień zaczynamy szukać chętnych!

Mamy nadzieję, że nasza podróż udowodniła, że nie taki diabeł straszny i że na czterech kółkach można nad Pacyfik się wybrać. Że wiek, rodzina, „wszystkomającość” pojazdu, ani grubość portfela nie są trudnościami rozstrzygającymi. Przejechaliśmy w dobrym nastroju ponad dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów. Średnio wypadało 400-500 km dziennie. Asfalt opuściliśmy na odcinkach nie dłuższych niż 10 procent całej trasy. Bezwypadkowo. Raczej bezawaryjnie. Najstarsi wrócili odchudzeni i odmłodzeni. Najmłodsi wydorośleli.

Pisząc te słowa, mam świadomość, że bieżące notatki z podróży oddają tylko część naszych przemyśleń, przygód i emocji, ale taka to dola podróżnika. Od setek lat. Gdy Marco Polo opowiadał o swoich chińskich peregrynacjach, skończył je skromnym stwierdzeniem: „Przyjaciele, nie zapisałem nawet połowy rzeczy, które widziałem!”. W naszym przypadku było bardzo podobnie. Tym bardziej więc mamy apetyt na następne włóczęgi. Bo koniec każdej podróży, to zarazem początek następnej. Do zobaczenia na trasie lub chociaż w internecie za rok!

Opublikowane przez:

Urodziny w 1961 roku. Reportażysta, scenarzysta, bloger, fotografik. Z plecakiem lub na stopa zwiedził ponad 80 krajów. Jego ulubione miejsca na świecie to: : Salar de Uiuni (Boliwia), Gili Air koło Lomboku (Indonezja), Lofoty (Norwegia), Bieszczady, Hel, Borne-Sulinowo.