Issyk Kul

Stan licznika: 6880 km

Kirgizja jest odwrotnością Kazachstanu. Zamiast pustki stepu są tu sięgające nieba góry. Nie byle jakie, bo sięgające siedmiu tysięcy Pamir i Tien Szan. Zamiast uschniętych lichych traw są ukwiecone o tej porze roku połoniny. Zamiast smutnych i podejrzliwych nomadów, uśmiechnięci i gościnni pasterze. Kirgizja mogłaby być Mekką turystyczną. Ale ciągle nie jest. Dotrzeć tu trudno bo daleko. Standard oferty prymitywny i raczej niechlujny. Przyjeżdżają więc do Kirgizji tylko najwytrwalsi amatorzy motocyklowych przepraw enduro, wielbiciele hippiki, pasjonaci wędrówek pieszych i rowerowych. Dostają w prezencie od przyrody wrażenia fantastyczne. Bezludne pasma górskie, zapomniane przez Boga doliny, zachwycające jeziora. Egzotyka urzeka. Każda jurta stoi otworem. Wędrowca częstuje się kumysem (kobyle kwaśne mleko), serem owczym w postaci suszonych kulek, lepioszką czyli chlebem tej części świata. Już za opłatą można uraczyć się baraniną w każdej choć na ogół prostej postaci. Wędrowca zaprasza się na nocleg i mimo że pasterskie namioty do pachnących nie należą, są solidnym schronieniem przed nocnymi przymrozkami.

Nad Issyk Kulem rozwija się nowocześniejsza infrastruktura uzdrowiskowa. Kąpiele w jeziorze zostawmy jednak członkom Klubu Morsów, bo woda nie ma więcej niż 14 stopni Pana Celsjusza. Ale znam odważnych! Jest taka polska rodzinka…

Właśnie nad Issykiem dołączyła do nas Kosmiczna Rodzina, jak sami się nazwali, pięcioosobowa familia Rufinów. Byli już tu z nami przed dwoma laty, gdy jechaliśmy do Lhasy. Po dwumiesięcznej włóczędze wokół Himalajów my zawróciliśmy do domu, Rufiny pojechały dalej… dookoła świata. Wrócili syci wrażeń po roku. W domu długo nie usiedzieli i jadą teraz z nami do Pekinu, a potem (jak ich znam) jeszcze pokręcą się po Azji Środkowej. Uwielbiam ich za życzliwość, dowcip i energetyczny tajfun jakim są. Podziwiam za rzeczy dwie. Pierwszym powodem jest fakt, że potrafią się rozpakować z namiotami i rozmaitym sprzętem kampingowych lub spakować w swym patrolu w kwadrans. Drugim argumentem, który mnie onieśmiela, jest umiejętność kąpania się w wodzie dowolnej temperatury. Rufinowe dzieci baraszkują w lodowatych górskich jeziorach i potokach, biegają boso po śniegu. I są zdrowe i szczęśliwe.
Postój nad Issyk Kulem długi nie był. Nasze wenecko-pekińskie załogi rozproszyły się indywidualnymi szlakami. Czterotysięczna przełęcz Tosor była zawalona śniegiem i nieprzejezdna więc poszukaliśmy objazdów. Jeden camper dojechał nawet nad Song Kul, co zostało docenione w protokole rajdowym, gdyż to najpiękniejsze jezioro Kirgizji. A że niebotycznie wysoko więc nasza większość ze wspinaczki zrezygnowała.

Spotkaliśmy też dwa konwoje motocyklowe, w których prym oczywiście wiedli Polacy. Nie da się ukryć, że chociaż egzotyczną turystykę w Kirgizji zapoczątkowali w latach 30-tych ubiegłego wieku Rosjanie, ale międzynarodową rozkręcili właśnie Polacy. Dziś ciągną tu znajomych z całego świata.

W drodze do Pekinu wiele czasu na Kirgizję nie poświęcamy, ale jeden resor udało nam się złamać, a dwa amortyzatory też rozpieprzyliśmy. Lubię Kirgizję i zawsze podkreślam, że jest warta osobnej dłuższej przygody wagabundów, ale drogi mają tutaj tragiczne. Budowa nowych i remonty starych tak się ślimaczą, że surowa przyroda i radzieckiej proweniencji ciężarówki zdążą rozkruszyć, to co człowiek stworzył. Droga ma być przejezdna, a nie wygodna. Przejezdność po kirgisku jest niestety żałosna i nawet dla naszych wszystkomających samochodów mordercza.

Jechaliśmy mimo przeszkód w takim tempie, że na szaszłyki baranie już się nie załapaliśmy.

Opublikowane przez:

Urodziny w 1961 roku. Reportażysta, scenarzysta, bloger, fotografik. Z plecakiem lub na stopa zwiedził ponad 80 krajów. Jego ulubione miejsca na świecie to: : Salar de Uiuni (Boliwia), Gili Air koło Lomboku (Indonezja), Lofoty (Norwegia), Bieszczady, Hel, Borne-Sulinowo.